Spotkania

July 31, 2007 – 7:01 pm

Było to zbyt zaskakujące, zadziwiające – by w pełni wtedy mogło podziałać na mnie swoją objawieńczą mocą. Podniósłszy wzrok znad zeszytu, w którym notowałem, wzdrygnąłem się w przestrachu, oniemiałem – przez moment: miał różki, spiczaste uszy, włochy na pysku, pysk wydłużony, zmarszczony, i te oczka – wpatrzone we mnie, gorejące, i uśmieszek. Wielokrotnie później, gdy ochłonąłem, analizowałem to zdarzenie, sekunda po sekundzie, ale wszystko poza tym jednym pstrykiem – chwilą wpatrywania się w jego fizjonomię, rozmyło się jak coś nieważnego. Na różne sposoby próbowałem sobie wyjaśnić to. Im dalej w czasie i odległości byłem, tym pewniej zaprzeczałem temu, wewnątrz czując – że sam siebie oszukuję. W każdym niemal później osobniku świadomie i podświadomie – jak myślę – wypatrywałem Go. Zastanawiałem się, kiedy się pojawi. I po części już żyłem swoim życiem, w tle jednak czaił się on w moich myślach jak ktoś straszny i niezwykły, coś-ktoś przerażający i fascynujący. On w E. nie był zły dla mnie – był połączeniem szyderczo-dobrotliwego spojrzenia, ale jednak czegoś skończenie złego, tak to czułem (myślałem – wytresowany w okowach chrześcijaństwa?) Z S. wróciłem przejęty. I z niczym. Miałem zapisane pół zeszytu niewyraźnym bełkotem. Wrócić nie zamierzałem – i nie zrobiłem tego – mimo nalegań redaktorki sprawującej pieczę nade mną w redakcji w K. Przed wpadą uratowało mnie zlikwidowanie TK – tekstu nie napisałem, nikt niczego się nie dopominał, miałem czystą kartę w dziennikarskim światku. Teoretycznie – rewelacja. Na zewnątrz – tak. Upiekło mi się. Ale to zewnętrzne pozory. Wewnątrz plątałem się w myślach, domysłach, wyczekiwaniu, rozmyślaniach. Życie zewnętrzne biegło swoim jakby normalnym torem. A ja wypatrywałem.

I nadszedł ten dzień w W. Od początku czułem, że coś będzie nie tak. Ale może teraz tak myślę? Miałem przeprowadzić rutynową rozmowę z kierownikiem sekcji . Zasiedliśmy naprzeciw siebie za dużym stołem konferencyjnym. Byłem wewnętrznie wzburzony. Nie wiem, czym. Moje emocje ledwo trzymałem na wodzy, choć facet był nawet uprzejmy (wiadomo – prasa – chciał dobrze wypaść) i wtem, na moment ledwo, ale ciężki i gęsty i wieczny dla mnie, twarz zamieniła się jego w jakieś nie wiadomo co: bruzdy, fałdy, zdeformowana fizjonomia, istnie diabelska facjata! – i te chichrające nienawistne oczka! Dotarło do mnie jego żądanie okazania mu legitymacji dziennikarskiej (w trakcie wywiadu, absurd!) Puściłem mu ją jak kaczkę po wodzie po tafli stołu wykrzykując: - Wiem, kim jesteś!!! Zerwałem się, wydzierając się, tym razem czując potężniejący strach we mnie, rozsadzający mnie od wewnątrz, czując strach przebywania z Nim tak blisko, do tego w zamknięciu! I było po wywiadzie. Oczywiście afera. Zadzwonił do redakcji, oni tam mordy na mnie, ja na nich. Posłali mnie tam, n i e w i a d o m o ! ? po co i dlaczego?! Machnęli rękami. Nie mieli czystych sumień – od razu było to widać. Rozbiłem telefon. Przewróciłem parę krzeseł, nooosiło mną! Te ich kłamstwa! Szkoda im było nawet ze mną gadać, ze mną!

Zdarzyło mi się jeszcze potem GO spotkać w pociągu w mężczyźnie siedzącym naprzeciw mnie. Na sekundę tak namacalnego, tak bliskiego mnie!!!! A spoglądał j e s z c z e n i e n a w i s t n i e j . Nie na żarty się przestraszyłem. Tak nagle! Krążyłem po L., kluczyłem ulicami jakbym mógł Go zwieść i nie doprowadzić do domu. Przez tygodnie nie wychodziłem z domu, nie zbliżałem się do okien. Im dalsze z nim spotkania w czasie, krótsze, ale intensywniejsze jakby, skondensowane w źle.

 

satan.jpg

 

 


 

Drzwi do lasuDrzwi do lasuKról jak SakiewiczUwiarygadniaczeOKOB

Post a Comment