“Sfrustrowane katechetki IV - powrót w zabobony. “
December 26, 2007 – 2:07 pm
Dzisiaj spokojnie. Na j. polskim omawialiśmy już ‘Kordiana’ Słowackiego - przeczytałem, całe szczęscie, w jeden wieczór. Nie była ciekawa - szczerze mówiąc flaki z olejem, popijane wygazowaną wodą mineralną, przy paleniu kiepskiego cygara. Słowacki się popisał - kilka razy próbował zabić Kordiana, prawie mu się udało, ale oficer już podniósł rękę, by dać sygnał do wystrzału. Nie wiemy, czy Kordian zginął, Słowacki ‘bardzo sprytnie’ zakończył książkę z oficerską ręką w górze. Na dole dopisek ‘koniec części pierwszej’ pokazujący nadzieję Słowackiego na wydanie bestselleru. Generalnie - książka zjebana w trzy dupy, mająca ukryty w podszewkach Kordiana sens, o błędach powstania listopadowego i pijanych, zdziwaczałych dowódcach. I z tego będę pisał za rok z hakiem maturę. Wprost nie mogę się doczekać.
Ostatnio w teleexpresie, notabene najliczniej oglądanym polskim programie, był kawałek o zadawaniu zadań domowych jako nielegalne nadużycie. Sprawdziłem, jest, na Interii. Oto cały artykuł.
IMO zadawanie do domu lekcji, w liceum, z jakiś bzdurnych, nieważnych przedmiotów jest głupotą. W ogóle, wydaje mi się, że liceum jest źle skonstruowane. W zawodówce, bądź co bądź, uczymy się już zawodu, olewając całą resztę, zdobywając wiedzę tylko w całkowicie minimalnym zakresie. Technikum wydaje sie być czymś bliższym ideałowi szkoły - wiedzy jest więcej, są też przedmioty zawodowe. A w liceum? WSZYSTKO. Co z tego, że jesteś na matfizie, skoro i tak musisz wiedzieć, kiedy było powstanie chcmielnickiego, kto o co się tłukł, kiedy, i z powodu jakich głupot. Powtarzam - na chuja mam to wiedzieć? Żeby potem, pisząc skrypty w php rozmyślać o rokoszach, czy jaki to był z Napoleona chojrak? Po co, pytam się, musimy przyswajać wiedzę całkowicie zbędną, do niczego nie służącą, a zabierającą czas i chęci? Odpowiedź jest jedna - uczymy się z tego, by potem nasze dzieci mogły zapytać się - tato, dlacego caryca Katazyna była taką suką? Albo: mamo, cy to plawda, ze slachta olganizowała powstanie na Litwie, zeby mieć więcej siana? I żebyśmy godnie mogli odpowiedzieć, musimy się tego uczyć. Albo inna sytuacja - jeśli takie książki jak ‘Kordian’ czy Werter mają kształtować nasze wnętrze - to dziękuję, chcę normalnie żyć, ja wysiadam, nie będę tego czytał.
Albo ta cała poezja - rozbudzić wnętrze można także dragami, oraz, co na szczęście szerzy się w dzisiejszych czasach, muzyką - sprawia przyjemność, umila czas, i jest w ogóle genialna (nie mówię o technozjebach, czy chłopakach próbujących ukryć kompleksy w za dużych spodniach czy dresie, bo takich to tylko pod ścianę, i wybić, żeby nie zaniżali poziomu społeczeństwa.) Kontunuując - po pijanemu też potrafiłbym stworzyć jakiś śmieszny aforyzm, albo po wypaleniu czegoś opowiadać bajki wierszem o mężnych rycerzach i ich śmierciach na wzgórzach. Tak więc IMO całe to przerabianie na języku polskim epok, zrytych lektur czy zjebów z kompleksami kompletnie nie ma sensu w klasie mat-fiz-info (myślę, że to tylko ‘aby do matury’ bo potem to nie jest potrzebne.. chyba, że znowu dzieci spytają - tato, cemu werter był taki głupi?’ A my, znowu z godnością: synku/córeczko, Werter nie był głupi, to wykreowany przez Goethego bohater, który przez swoją nieszczęśliwą miłość i zagubienie pokazał nam, że był zniewieściały, prawdopodobnie był gejem, a jego tragiczna samobójcza śmierć pokazała nam symboliczne znaczenie metaforycznego bytu na tej planecie. I pamiętaj synku, córko, na maturze musisz to wszystko wiedzieć. - I tak ich dzieci spytają się potem ich, etc, etc.. Jakiś obłęd.
Ktoś mógłby przenieść w końcu czytanie tych niezrozumiałych lektur do klas humanistycznych, nam zostawiając Jave i C++. Ehh.. świat się kończy. Najpierw PRL zjebał nam prawie 50 swoich lat, i utrudniając rozwój na kolejne 50, teraz w szkołach dzieją się cyrki, bo uczniowie czasem wiedzą więcej od nauczyciela - mając internet, masz wszystko, dosłownie, w przeności, formalnie, nieformalnie. Nie oszukujmy się - młodzież w dzisiejszych czasach wie znacznie więcej od nauczycieli, gdy ci byli w naszym wieku. I to wychodzi, szwy wszystkich szopek zaczynają pękać, światło prawdy zaczyna przezierać przez szczeliny - a raczej to światło z zewnątrz zaczyna docierać do ciemnych wnętrz wszystkich szopek świata.
Dwie następne lekcje spędziliśmy w pracowni przy PCtach, oraz w czytelni, przeglądając różne ciekawe książki, oraz czytając wybrane fragmenty opisów imion ludzi z klasy w “Wielkiej Księdze Imion”.
Pani katechetka z naszej szkoły wyraźnie nas nie lubi. Unika z nami lekcji, jak tylko może. Dzisiaj za to przeszła samą siebie - po raz pierwszy usłyszałem słowa, które chyba na zawsze zostaną na mojej potylicy - praca klasowa z religii. Myślałem, że padnę trupem na miejscu, albo conajmniej uduszę się własnym śmiechem, oczy ze zdziwienia wypadną mi na ławkę, a złamany w ręce ołówek swoją energią kinetyczną powybija wszystkie okna i zrzuci telewizor. Padł temat - przedstaw okresy liturgiczne wkościele katolickim, podaj kolory i symbole. Po czym pani wyszła, razem z równie zawziętą panią O. od Przysposobienia Obronnego. Obie się chyba na nas uwzięły. A niech mają, nauczyciel też człowiek, jakąś radość z życia musi mieć. A jak pani wyszła - genialna Ania podała propozycję, że wszystkim podyktuje z zeszytu, co i jak ma być. No i zaczął się teamwork. Pod koniec lekcji wszyscy oddali pani podpisane kartki. Ta, zdziwiona, powiedziała ‘Dziękuję bardzo’, po czym udaliśmy się, na krwawie zapowiadaną lekcję PO. Oczywiście zrobiła kartkówkę - z referatów, takich, jaki każdy miał przygotować. Ja nie przygotowałem, nie wiedziałem nic, nazmyślałem o broni biologicznej, większość potem okazała się prawdą, jak sprawdziłem sobie z referatem kolegi. Potem, do końca lekcji pani O. dyktowała jakieś oczywiste regułki o ewakuacji. Koniec, jeszcze tylko PP.
Na PP pan K. przeszedł samego siebie - nie przerobił tematu, co chwila rzucał uśmiechem, poprawiając oceny z właśnie oddanego sprawdzianu, ukazał człowiecze oblicze przy pytaniu Igora, który sam się zgłosił. Pan K. swoje postępowanie tłumaczył, że mu się też nie chce, i że idą święta, taki radosny czas. Na koniec złożył nam naprawdę logiczne życzenia, po czym, z dwie minuty przed dzwonkiem pozwolił nam wyjść, abyśmy uniknęli tłoku przy wejściu do szatni. Człowiek jest w porządku - my do niego z sercem, on do nas z sercem. Proste.
Przyjechałem do domu. Tutaj, niespodzianka - jest obiad! Ziemniaki z gulaszem, i spoko sałatka. Mama zaskoczyła nas, gotując obiad po raz pierwszy, chyba od tygodnia. Już tosty i frytki mi zbrzydły (podstawowe jedzenie, którym się żywiłem + litry herbaty). Potem poszedłem spać, obudziłem się po kilku godzinach. Przypomniałem sobie o sprawdzianie. Dzięki Kozie,qmplowi z klasy miałem zdobyte ‘na partyzanta’, jak to sam określił Koza, zadania sprawdzianowe. Jutro będzie łatwo - kilka definicji, i 4 do dziennika, co da mi śliczną 4 na półrocze.
Teraz siedzę i piszę tego posta, minęła północ, za chwilę pójdę się wykąpać, tymczasem idę zrobić sobie herbatki. Dzień można uznać za udany, zwłaszcza, że naprawdę ładna koleżanka zastanawia się nad spędzeniem ze mną sylwestra. Tylko.. gdzie ja ją położę potem spać?