Nie znam się na edukacji

January 6, 2008 – 10:26 pm

I dlatego chciałbym jedynie postawić kilka pytań, które nurtują mnie w kontekście polityki edukacyjnej u progu kadencji rządu Donalda Tuska. Osobiście byłbym zadowolony, gdybym w 2008 r. usłyszał, czy są one postrzegane jako potencjalne problemy, a jeśli tak, to jak gabinet określi wobec nich swoją pozycję. Mówię celowo o Radzie Ministrów, bowiem zagadnienia te przekraczają niekiedy kompetencje samej tylko Katarzyny Hall.

Głównym polem debaty o przyszłości polskiego modelu kształcenia jest nierozstrzygnięta alternatywa: uczyć czy wychowywać? Po trosze ze względów historycznych, szkoły wybierają pierwszą, łatwiejszą drogę, pozostawiając wychowanie rodzicom. Liberał pokroju Janusza Korwina-Mikke prawdopodobnie uzna ją za słuszną, ja mam natomiast co do tego pewne wątpliwości - zwłaszcza w sytuacji, gdy państwo nie ma już monopolu na kształcenie.

Ponieważ dojeżdżam do biura komunikacją miejską, rano zdarza mi się słuchać rozmów młodzieży w wieku gimnazjalnym. Odnoszę niejasne wrażenie, że akurat reforma edukacyjna przeprowadzona przez rząd Jerzego Buzka (przy całym szacunku dla pozostałych reform z pakietu), w szczególności prowadząca do powstania gimnazjów, okazała się lekarstwem gorszym od choroby. Jeśli dobrze liczę, do gimnazjów - co gorsza, często zlokalizowanych w tych samych budynkach, co podstawówki - trafiła młodzież w wieku lat 13-16, rozrywana przez hormony i kierowana silną potrzebą uznania przez grupę rówieśniczą. Mam wrażenie, że młodzież w tym najtrudniejszym wieku była przed reformą w psychologicznie łatwiejszej sytuacji, bowiem struktura społeczna w klasach była do pewnego stopnia ugruntowywana przez pięć lat szkoły podstawowej, od zakończenia etapu nauczania początkowego. Teraz trzynastolatki trafiają na głęboką wodę i czują potrzebę walki o swoje miejsce w nowym stadzie. Najgorzej chyba odbija się to na dziewczętach, bo w próbach przyspieszania procesu dojrzewania sięgają zarówno po broń konfekcyjną, grypseropodobny argot, czy, nie daj Boże, piercing. Według Janusza Czapińskiego (patrz: “Koniec” Jacka Żakowskiego), tzw. pokolenie T, obecnych gimnazjalistek, jest precedensem w historii polskiego społeczeństwa i niebezpiecznie balansuje na krawędzi marginesu społecznego. Pytanie: czy jest jakiś pomysł, inny niż koncepcje Romana Giertycha, żeby tę niełatwą młodzież w jakiś sposób socjalizować?

Wydaje mi się, że kłopot jest także i z tzw. nową maturą. Nie chciałbym generalizować, bowiem w równym stopniu teraz, jak i w latach 90. (na które przypadają w lwiej części moje lata szkolne) trafiają się często młodzi ludzie szczerze zainteresowani zdobywaniem wiedzy, ale znajomi wykładowcy ze szkół wyższych załamują ręce, że trafiają się (czyli jest to przypadek incydentalny, ale jednak występujący, czego wcześniej nie było) studenci (a zatem ludzie mający za sobą maturę), którzy nie potrafią określić, z jakimi państwami graniczy Polska, czy umiejscowić w czasie drugiej wojny światowej. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy?

Kolejną ważną sprawą, na której się nie znam, są programy dydaktyczne. Nie jestem zwolennikiem pójścia ściśle w ślady Europy Zachodniej - mam znajomego młodego Szkota, który przyznał mi się, że nie ma zielonego pojęcia o historii swojego kraju ani Europy, bowiem w programie szkolnym miał jedynie historię RPA, jako przykładu dowodzącego możliwości i celowości podjęcia pokojowego współistnienia pomiędzy ludźmi o różnych kolorach skóry. Mam na myśli co innego: czy konieczne jest egzekwowanie od dwunastolatka dat pokoju kaliskiego czy kluczowych punktów wojny stuletniej, czy może lepiej nauczyć go, czym były zakony rycerskie i czym były punkty sporne w relacjach krzyżacko-polskich, czy też, co król Anglii miał do króla Francji i jakie długofalowe skutki dla tożsamości obu krajów miała wojna? Gdy chodziłem do szkoły, dziwiło mnie też, co się działo w Europie w okresie, który w podręcznikach historii wypełnia biała plama - pomiędzy upadkiem Cesarstwa Zachodniego a Karolem Wielkim. Przecież okres ten w dużym stopniu zdefiniował np. język angielski - może można poświęcić godzinę lekcyjną na historię wczesnego średniowiecza? Chwalę sobie moje liceum za wysoki poziom matematyki - gdybym miał zbadać przebieg zmienności funkcji czy policzyć prostą całkę, nie powinienem mieć z tym problemu. Tyle tylko, że aktualnie bardziej przydaje się umiejętność przeliczenia procentu składanego - na zagadnienia finansowe także powinno się znaleźć miejsce w programie matematyki liceum ogólnokształcącego. Z obserwacji widzę też, że tzw. wiedza o społeczeństwie jest zazwyczaj traktowana w szkole po macoszemu - efektem jest niska frekwencja wyborcza: bo co oznacza frekwencja 53% w październikowych wyborach? Że pomimo ważnej debaty ideologicznej o przyszłości kraju, co najmniej 1/3 społeczeństwa z czystego lenistwa tudzież obojętności zostało w domu. Przeciętny absolwent polskiej szkoły ma nieporównywalnie szerszą wiedzę od swojego brytyjskiego rówieśnika, to prawda - nie mamy się czego wstydzić, jednak z praktycznymi umiejętnościami stosowania tej wiedzy jest już gorzej. Poza tym wciąż mam wątpliwości, czy np. każdemu jest potrzebna umiejętność komparatywnego opisu komórki bakteryjnej i roślinnej, tudzież przebiegu granicy zlodowaceń podczas trzeciorzędu. Cóż, zaufam w tej sprawie fachowcom.

Chciałbym natomiast wiedzieć, jakie działania MEN zamierza podjąć w celu wsparcia edukacji przedszkolnej, co zapowiada. Nic nie zmieni mojego przekonania o nonsensowności budżetowego becikowego (ale nie mam nic przeciwko becikowemu wypłacanego przez samorządy, bo to one najlepiej potrafią ocenić potrzeby społeczności lokalnych!), więc sądzę, że środki przeznaczane na ten cel świetnie mogą być po konsultacji z MPiPS wykorzystane do dofinansowania małych, rodzinnych, osiedlowych lub wiejskich przedszkoli. Taki krok w mojej ocenie z jednej strony zrównałby szanse startu dla dzieci z rodzin uboższych i nieco bardziej zamożnych, a przy tym skuteczniej poprawił poziom przyrostu naturalnego w kraju. Problemem dla społeczeństwa jest bowiem dylemat młodych przedstawicielek klasy średniej, które odkładają dziecko na przyszłość z uwagi na zaangażowanie w karierę zawodową - dla nich 1000 PLN becikowego nie jest żadnym bodźcem do założenia rodziny. Te rodziny, na które becikowe faktycznie oddziałuje, i tak zazwyczaj charakteryzują się wyższym, niż przeciętna poziomem dzietności, a niekiedy są także klientami pomocy społecznej.

No i sprawa ostatnia: nieszczęsna matura z religii. Żeby sprawa była jasna - jestem zbyt dużym konformistą, aby oponować przeciw samemu pomysłowi: jeśli komuś dodatkowa, nieobowiązkowa matura z religii do czegoś się przyda, czemu odbierać mu możliwość jej zdawania? Jednak znowu, diabeł tkwi w szczegółach. Katarzyna Hall w rozmowie z Jackiem Żakowskim 21.12 powiedziała najpierw, że w ramach takiej matury oceniana byłaby wiedza, a nie poziom wiary. Dalszy przebieg rozmowy był jednak kuriozalny:

Katarzyna Hall: Trzeba sięgnąć do kryteriów oceniania opracowanych przez nauczyciela.

Jacek Żakowski: Ale pytam ministra.

Katarzyna Hall: Ale ja nie stawiam tych ocen z religii na lekcji. Jest autonomiczny w swoich decyzjach nauczyciel, który musi się kierować zapisami programu, wewnątrzszkolnego systemu oceniania i kryteriami oceniania, które wynikają z jego programu oceniania. To samo dokładnie dotyczy nauczyciela matematyki, języka polskiego i każdego innego przedmiotu.

Jacek Żakowski: I też minister nie kontroluje tego w żaden sposób?

Katarzyna Hall: Kontroli państwa podlega to, czy nauczyciele realizują zapisy podstawy programowej. Każdy nauczyciel każdego przedmiotu ma obowiązek zrealizować zapisy podstawy programowej. Podstawa programowa to jest oczywiście dokument państwowy, ustanowiony przez ministra edukacji.

Jacek Żakowski: W przypadku religii też?

Katarzyna Hall: Nie, w wypadku religii nie. Natomiast w wypadku każdego innego przedmiotu jest to dokument będący prawem ustanowionym przez Ministerstwo. (źródło: Tok FM, 21.12.2007)

Krótko mówiąc, religia może znaleźć się na egzaminie państwowym, ale państwu nic do egzaminu z religii. Coś tu chyba, tego, nie halo? Uściślając zatem moje stanowisko: sądzę, że nie może być elementem matury egzamin z przedmiotu, od wpływu na program i zasady oceniania którego państwo się odcina. Jak ostatecznie wygląda stanowisko rządu w tej sprawie?

W ogóle wydaje się interesujące, że w 1979 r. na naukę i badania w Polsce przeznaczano ok. 1,5% PKB, a obecnie 0,5% PKB. W ten sposób społeczeństwa informacyjnego się raczej nie zbuduje. Polscy informatycy regularnie przywożą nagrody z zawodów międzynarodowych, co oznacza, że w tej naukowej mizerii roi się od talentów. Niestety, aby te talenty wykorzystać w kraju, państwo musi zainwestować w badania naukowe - głównie podstawowe, bo te są dla biznesu zbyt ryzykowne - a więc, w instytuty. Czy ktoś o tym myśli, czy też pozostawiono problem akcjom takim jak “Zostańcie z nami”, prowadzona przez Politykę?

Mówiąc szczerze, mam duże oczekiwania związane z nominacją Michała Boniego na stanowisko sekretarza stanu w KPRM. Uważam, że obecnie to jedna z kilkunastu może najtęższych głów w kraju, głowa, która w dodatku zdaje sobie sprawę ze strategicznych wyzwań stojących przed Polską - także z tego edukacyjnego.

Metalowe poczucie humoruCoś innegoKeep it funky !Zrzeszenie autorówNeokomuniści u władzy

Post a Comment